sobota, 18 stycznia 2014

Haft na poduchę

Moja wersja
Najgorzej, jak baba się uprze. Duszę diabłu odda i mszę jednocześnie opłaci. Ale zrobi, co zamierzyła, prędzej, czy później.
Od jakiegoś czasu myślę intensywnie o haftowaniu obrazków - czynność trochę skomplikowaną, gdy się rysować kompletnie nie umie. Ale metodą prób i błędów w końcu dojdę do efektów w 100% satysfakcjonujących.
W najnowszej próbie znów męczyłam Codex Manesse (bo jest stosunkowo prosty i sympatyczny), ale znacząco zmieniłam format: obrazek zajmuje większą powierzchnię niż kartka A4.
Następnym razem wezmę się za coś innego. Uroiłam sobie jedwabną sakiewkę na ramce z jakimś fajnym obrazkiem, ale wpierw trzeba się dorobić ramki. :P



Oryginał
Efekt poduchowy


sobota, 28 grudnia 2013

Kabacik/gorset XVII

Witam. Dawno niczego ciekawego nie wrzucałam, ale pomalutku znów się rozkręcę. Dziś prezentuję kabacik na XVII wiek - przynajmniej takie nazewnictwo przyjęłam po przejrzeniu różnych treści na temat. Jest to ustrojstwo bez fiszbinów/witek/innych drutów. W temacie baroku zaczęłam krążyć jak dziecko we mgle i jeszcze do końca tego nie czuję, ale staram się - wszystko przez tę samą miłośniczkę tortur, która zleciła mi kryzę. :P Pozdrawiam i polecam się na zaś. 
Ubranko trzyma wszystko, co ma trzymać (tzw. działanie antygrawitacyjne).  Na zdjęciach jest trochę krzywo zawiązane. Miłośniczka tortur po około 40 minutach paradowania w nim nie zemdlała i w dodatku twierdziła, że jest wygodne - mogę to uznać za jakiś sukces.
Podobałoby mi się jeszcze zrobić suknię z kształtem - tam już cała góra jest sztywnym gorsetem. W międzyczasie pracuję nad kolejnym podejściem do haftu miniaturalnego. I cały czas zapominam, że mam sobie utkać porządny pasek do houppelande...



wtorek, 24 grudnia 2013

Zdrowych, spokojnych...

... pełnych radości i udanej atmosfery Świąt Bożego Narodzenia, pod choinką mnóstwa pięknych tkanin i rekonstruktorskich gadżetów, a w nadchodzącym Nowym Roku udanych wyjazdów i spełnienia marzeń! :)

poniedziałek, 11 listopada 2013

Dlaczego fajnie jest pleść sznurek?

Ostatnio staram się realizować ambitny plan zrobienia sobie na kolejny sezon sznurków w większej ilości: mniej więcej wiosną zawsze zaczynam kwilić, że cały czas brakuje mi cholernego sznurka do kiecki/dubletu/nogawic/czegokolwiek. Teraz postanowiłam to zmienić i tylko odcinać od kłębka potrzebną ilość.
Przerzuciłam się ostatnio na lucetę; kiedyś, używając palców, potrafiłam sobie zedrzeć trochę naskórka. :P Prawdopodobnie większość ludzi ma jednak mocniejszą skórę i im takie coś nie grozi.
I tak sobie plotąc, plotąc, plotąc, doszłam do wniosku, że jest to genialne zajęcie!
Po pierwsze, sznurek się zawsze przyda. Jak nie do stroju, to do włosów lub chociażby do identyfikacji swojego sprzętu obozowego. 
Po drugie, można go robić wszędzie: w domu, w środkach komunikacji miejskiej, w wersji dla studentów na wykładach, w wersji dla pracowników niezbyt obarczonych obowiązkami w pracy, itp., itd.
Robota zajmuje niewiele miejsca i jest odporna na transport w damskiej torebce. 
I nigdy nie padnie jej bateria. Co najwyżej nić się skończy...
Sznurek nie pochłania też całej uwagi. W międzyczasie można z kimś rozmawiać, patrzec przez okno, oglądać film... Spróbujcie takie coś zrobić z książką. Kiedy ja czytam coś ciekawego, można mnie wynieść i okraść. 
Nie potrzeba do tego specjalnych narzędzi, wystarczą palce.
Nie wymaga specjalnego przygotowania. Można wziąć nic i robić. Nie da się tego powiedzieć o np. tkaniu na tabliczkach. 
Samo monotonne zajęcie odpręża i wycisza, przynajmniej mnie. :]
Podsumowując, plecenie sznurka jest fajne. Zachęcam. :)

czwartek, 7 listopada 2013

Coś nowego w przygotowaniu

Ostatnio nie produkuję zbyt wiele, ale jednak coś tam pomalutku się tworzy. Na przykład kolejna opaska na głowę. W rzeczywistości jest bardziej fioletowa niż różowa, ale nie wymagajmy zbyt wiele od telefonu komórkowego. Muszę jej jeszcze zamontować nabijki i będzie gotowa. Tym razem tkałam na 17 tabliczkach, a nie ok. 30, ponieważ dorwałam grubsze nici jedwabne. Krajka wyszła bardziej mięsista i sprawia wrażenie solidniejszej. z tego samego rodzaju nici będę wnet tkała pasek do houppelande. :)

Ambitnie postanowiłam sobie wytworzyć patynki (funkcjonalne, nie na wystawę :p). Wyrzynarka, szlifierka, resztki jakichś desek, trzy zdrowaśki i do przodu. :] Efekt jest, jaki jest, trochę krzywy, a o tych antypoślizgowych rowkach nawet nie mówię. Pozostaje mi zorganizowac sobie trochę skóry, żeby to poskładać. Grunt, że spełnię kolejną swoją zachciankę tanim kosztem.

piątek, 25 października 2013

Kruseler

Ponad doba roboty - podliczałam na bieżąco roboczogodziny. Nie wiem, ile metrów lnianego paska obszywałam. Zżymałam się i przeklinałam cały świat. Ale zrobiłam!!!
A to i tak nie jest ten mój, zaczęty kilka miesięcy temu i leżący gdzieś w kącie, tylko kolejny, dla koleżanki. Teraz tym bardziej nie będę w stanie się za niego zabrać.
Wahałam się, w jaki sposób tę chustę zrobić. Wiedziałam tylko, że wyżej wymieniona koleżanka chce plaster miodu. A co dalej? Wiele osób marszczy i ściąga kruselery z tyłu, inne nie. Po gapieniu się na rzeźby i ikonografię (jedną z nich widać poniżej), zdecydowałam, że puszczę go luźno na plecy.

 Teraz czas na chwalenie się efektami:


Chusta mi się podoba i nie miałabym wielkiego żalu, jeśli koleżance by się teraz odwidział. :P Zapłaciłabym wtedy nawet za materiał. Mam jednak nadzieję, że właścicielka będzie szczęśliwa i zadowolona, a ja zmuszę się do dokończenia swojego.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Nissaya idzie do pracy

Właśnie mija ostatnie popołudnie mojego bezrobocia - jutro ruszam podbijać branżę geodezyjną. Na 3-miesięcznym stażu, ale dobre i to. :)

Oczywiście nie oznacza to rzucenia w kąt igieł i szpilek, maszyny do szafy też chować nie zamierzam. W tej chwili zajmuję się kolejnym męskim cotehardie, wymyślam ładną sakiewkę, mam rozgrzebaną kolejną siatkę na włosy i muszę wykończyc rękawy w mojej nowej spodniej sukni, ale mam na to miesiąc czasu. Turniej w Toszku, genialna impreza na zakończenie sezonu, zbliża się wielkimi krokami i już trzeba zacząć myśleć, w czym się tam pokazać.

Boże mój drogi, ledwie pół roku minęło od mojej obrony, a słowo osnowa kojarzy mi się tylko z tkaninami, a nie z pomiarami. A pomiary z mierzeniem delikwenta... No nic, trzeba się wdrożyć. 

Wydaje mi się, że te kilka miesięcy bezrobocia wykorzystałam twórczo i, mimo wszystko, pracowicie. Relaksowałam się na paru wyjazdach w towarzystwie zajebistych ludzi.

WYELIMINOWAŁAM PROBLEM MROCZNEGO BIUSTONOSZA! Na Niepołomicach przetestowałam swoje giezło i wiem, że czegoś tak fajnego nie sprzedaliby mi w żadnym Tryumphie, że o targu nie wspomnę. Ciekawe, czy do Toszka zdążę wytworzyć wersję jedwabną... Boję się tylko, że teraz ruszę z krucjatą promującą przerabianie sobie giezeł. ;) W takiej konstrukcji mogłam spoglądać w dół z myślą, że wszystko działa, jak chciałam, a nie w bok, kontrolując, czy mroczne ramiączko nie wypełzło na światło dzienne/nocne.

Zastanawiam się teraz, nad czym będę pracować w drodze z pracy i do pracy. Na razie pewnie nad guzikami do kolejnej cotehardie.
.

Życzcie mi powodzenia.